Mount Kenya (cz. 2)

Leżąc z brzegu namiotu zorientowałem się, że woda zaczyna powoli dostawać się do środka przez źle naciągnięty materiał. O poprawieniu rozstawienia namiotu w środku nocy i w ulewie nie było mowy, więc trzeba było poświęcić kilka suchych rzeczy aby odgrodzić się od wody i jakoś przetrwać do rana. Do tej pory nie zdarzyło mi się spać w przemokniętym namiocie i akurat pierwszy raz przytrafił się gdy następnego dnia trzeba było rano wyruszyć w długą wędrówkę, a na sobie miało się niemalże całe swoje ciepłe ubranie. Noc do przyjemnych nie należała, nie wiem czy udało mi się zasnąć.

Suszenie w drodze.

Pamiętam tylko, że nie mogłem się doczekać świtu, kiedy będzie można wyjść z tego mokrego worka, założyć coś suchego i ogrzać się przy ognisku. Nad ranem jak tylko przestało padać wyszedłem z namiotu i byłem świadkiem jednego z najładniejszych wschodów słońca jakie kiedykolwiek widziałem. Zachmurzone niebo powoli stawało się błękitem, a światło słoneczne coraz śmielej przedzierające się przez chmury nadawało otaczającym nas trawom niesamowite barwy.

Zastanawiałem się jak będę się czuł po takiej nieprzespanej nocy w mokrym namiocie. Poza odrobiną nerwów z ranka, które spotęgował jeszcze fakt, że, jak się okazało, jedynym dobrze rozstawionym i nieprzemokniętym namiotem po tej nocy był namiot …naszych tragarzy, na szczęście wszystko było w porządku. Na szczęście był to pierwszy i jedyny zgrzyt – później nasi pomocnicy spisywali się bardzo dobrze, a i namioty w kolejną noc były dużo lepiej rozstawione.

Popas :). Jest jeszcze w miarę płasko.


W drogę ruszyłem obwieszony ze wszystkich stron moimi mokrymi rzeczami (łącznie ze śpiworem). Posileni śniadaniem, na które jedliśmy codziennie parówki z chlebem i gorącą, bardzo słodką herbatą z mlekiem, oraz widokami wschodu słońca, wystartowaliśmy w nieco lepszych nastrojach niż przypuszczałem. Po jakimś czasie krajobraz stawał się coraz bardziej bieszczadzki, a pod koniec dnia wreszcie dotarliśmy do punktu, z którego mogliśmy podziwiać cel naszej wyprawy, Lenana Peak oraz dwa pozostałe najwyższe szczyty masywu. To co tygryski lubią najbardziej było już na wyciągnięcie ręki :). Po drodze widzieliśmy kilka endemicznych gatunków roślin na czele z kilkoma odmianami lobelii. Właśnie dzięki nim mogliśmy wieczorem rozpalić ogień – na tej wysokości (a było to już blisko 4000mnpm) trudno o jakikolwiek drewno, więc suche lobelie okazały się pełnowartościowym materiałem opałowym.

Lobelie. W tle widać nasze rozbite namioty w Majors Camp.

Co ciekawe, zagotowanie wody na tej wysokości trwa bardzo długo, więc musieliśmy trochę poczekać na ciepłą herbatę. Tym razem wędrówka była trochę dłuższa, ale nadal bez żadnych trudności technicznych. Do naszego kolejnego obozu (Majors) dotarliśmy późnym popołudniem. Po wieczornym posiłku połączonym z suszeniem mokrych rzeczy przy ognisku, poszliśmy szybko spać, aby móc zregenerować siły przed atakiem na szczyt. Tym razem namiot był rozstawiony jak należy i mimo kolejnych nocnych opadów, woda do środka się nie przedostała.

Ostatni, najtrudniejszy etap rozpoczął się jeszcze w ciemnościach – aby móc w miarę wcześnie stanąć na szczycie, wyszliśmy w drogę przed 4 rano (była to akurat Wielka Niedziela).

Wielkanocny wschód słońca.

Niezbędne okazały się latarki, a i tak nie było łatwo odnaleźć tę właściwą ścieżkę i zdarzyło nam się trochę pobłądzić. Trzeba tutaj dodać, że znakowanych szlaków w stylu naszych Tatr w Mount Kenya się nie uświadczy. Na szczyt Lenana prowadzi kilka tras, które składają się z mniej lub bardziej widocznych ścieżek, które gdzieniegdzie są oznaczone popularnymi także u nas kopczykami z kamieni. My od samego początku podążaliśmy trasą Timau, która prowadzi od północy, a nazwa pochodzi od miejscowości, z której wychodzi. Gdy wdrapaliśmy się na pierwszą górkę odczekaliśmy chwilę, aby móc się nacieszyć kolejnym niesamowitym wschodem słońca.

Tuż po wschodzie słońca. W tle Leopard's Rock.

W międzyczasie krajobraz zmienił się na skalisty a na ziemi można było dostrzec cienką śnieżną pierzynkę, która pod wpływem słońca po kilku godzinach się roztopiła. Wędrówka z czasem stawała się coraz trudniejsza – nie tylko z powodu coraz bardziej stromych i niestabilnych miejscami zboczy, ale też kilku osobom zaczęła dawać się we znaki choroba wysokościowa. Dwie osoby nawet z tego powodu nie wyruszyły z nami zostając w obozie Majors, do którego mieliśmy powrócić tą samą drogą po zdobyciu szczytu.

Jest już lekko biało. Przynajmniej o poranku.

Początkowe plany zakładały dotarcie na szczyt w okolicy godziny 9 rano, jednak szybko okazało się to niemożliwe z uwagi na niezbyt szybkie tempo jakim się poruszaliśmy oraz dwukrotne zgubienie szlaku (tam naprawdę o to nie jest trudno). Tutaj należy przyznać, że bardzo nam pomogli nasi tragarze, którzy nie tylko niemalże biegali po tych górach z wielkimi plecakami, ale i znali je jak własną kieszeń. Wraz z kolejnymi metrami wędrówka stawała się coraz trudniejsza, co bynajmniej nie było spowodowane długością trasy, a wysokością – ból głowy i poczucie ogólnego zmęczenia sprawiały, że zacząłem się zastanawiać czy uda mi się wdrapać na sam szczyt, czy będę musiał poddać się w momencie, kiedy jest już tak na wyciągnięcie ręki.

Oto nasz cel.

W pewnym momencie jak już byliśmy pod właściwą ścianą, zostawiliśmy pod wielkim kamieniem nasze plecaki i udaliśmy się na ostatni fragment wędrówki tylko z butelką wody i garścią herbatników. Ostatnie metry przed szczytem ledwo pamiętam, ale tuż przed godziną 14 udało się wdrapać na 4985mnpm – Lenana Peak został zdobyty! Każdy w momencie wejścia na szczyt miał robioną fotkę z zaskoczenia przez Joe’ego, który mimo całego zestawu różnych obiektywów i innych fotograficznych zabawek, które zajmowały mu pewnie z pół plecaka, na szczyt wszedł jako jeden z pierwszych.

Pod szczytem - widok z góry.

Na samym wierzchołku oprócz kenijskiej flagi i tabliczki informacyjnej była również umieszczona w specjalnej gablocie konstytucja Kenii. Była, bo niestety ktoś gablotę rozbił a konstytucję zabrał. Mimo trudności i opóźnienia w podejściu, wracaliśmy do Majors w dobrych nastrojach – cel został osiągnięty! Nie obyło się jednak bez painkillerów, bo „helikopter” w głowie był bardzo dokuczliwy, a tempo musieliśmy zwiększyć by przed zmrokiem dotrzeć do obozu, gdzie czekała na nas kolacja i reszta ekipy. Następnego dnia udaliśmy się tę samą drogą do Solo Camp, gdzie czekał na nas samochód terenowy, którym wróciliśmy do bazy, a następnie przesiedliśmy się do matatu i wróciliśmy wieczorem do Nairobi.

Na szczycie w komplecie (fot. Joe Makeni).

Dla kogoś kto lubi długie, kilkudniowe wędrówki z plecakiem i obozowy klimat, Mount Kenya z pewnością może być ciekawym i przystępnym miejscem na oderwanie się od miejskiego hałasu, gdzie można poobcować z trochę nieznaną nam przyrodą, w której nie widać ingerencji człowieka na taką skalę jak w przypadku naszych górskich parków narodowych. Trasy nie są trudne technicznie, jednak odległości są spore, a oznakowanie szlaków praktycznie nie występuje. Ponadto sama wędrówka wymaga odpowiedniego przygotowania ze względu na specyficzne warunki klimatyczne panujące na takiej wysokości. Dlatego też polecam zorganizowane wyprawy w sprawdzonym towarzystwie z przewodnikiem.

Opublikowano Kenia | Dodaj komentarz

Mount Kenya (cz. 1)

Od kiedy planowałem wyjazd do Kenii, jednym z miejsc, gdzie zależało mi, aby się wybrać był park narodowy Mount Kenya z drugim co do wysokości (po Kilimandżaro) masywem górskim w Afryce. Na tę okazję nawet specjalnie się przygotowałem biorąc do Kenii swoje buty trekingowe i ciepłe ubranie.

Nasza baza i miejsce pierwszego noclegu (ok. 2700 mnpm)

Pozostało tylko znaleźć ekipę i ustalić dogodny termin, z czym akurat miałem szczęście, bo na jednym ze spotkań AIESEC poznałem przewodnika, który właśnie zbierał ekipę na wejście w okresie wielkanocnym na Lenana Peak (4985 mnpm) – trzeci najwyższy szczyt masywu (i jednocześnie najwyższy dostępny dla osób bez specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego). Sprawy organizacyjne poszły w miarę sprawnie, jednak nie obyło się bez małego zgrzytu związanego z kwotą wstępu do parku narodowego, która dla nie-rezydentów wynosiła $150 za 3 dni pobytu, podczas gdy miejscowi płacili tylko 1500 KSh (czyli niecałe $20). Cóż, na pocieszenie pozostaje to, że pozostałe koszty związane z wyprawą były już zdecydowanie mniejsze.
Jeszcze przed wyjazdem do Mount Kenya uświadomiłem sobie, że mimo dość sporego doświadczenia górskiego, będzie to dla mnie zupełnie nowe przeżycie – zarówno jeśli chodzi o charakter wyprawy, towarzyszy i same przygotowania. Już na kilka dni przed wyjazdem zalecano nam, abyśmy pili dużo wody, aby dobrze przejść proces aklimatyzacji i zmniejszyć ryzyko zachorowania na chorobę wysokościową.

Poranek. Tuż przed wyruszeniem w drogę.

W ekipie oprócz mnie i dwóch przewodników było ośmiu Kenijczyków (w tym dwie dziewczyny) i jeden Niemiec, Andreas – wolontariusz z Nairobi, którego poznałem na konferencji na Zanzibarze i udało mi się go namówić na wspólny wyjazd w góry. Taki trochę z niego poszukujący student w moim wieku, z zamiłowania mechanik samochodowy, sporo podróżujący i mający szerokie zainteresowania, a przy tym dusza towarzystwa.
Wyjechaliśmy spod Kenyatta University ok. 11:00 w Wielki Czwartek. Podróż do miejsca, skąd wyruszyliśmy w góry zajęła nam dość długo, bo ok. 5h, także tego dnia wystarczyło nam czasu tylko na krótką przechadzkę i zatrzymaliśmy się na noc w bazie wypadowej na wysokości ok. 2700 mnpm. To była pierwsza i zarazem ostatnia noc na łóżku, bo każda kolejna była już pod namiotami, które wraz z garami i jedzeniem były nam noszone przez pięciu tragarzy, którzy dołączyli do nas następnego dnia rano.

Ekipa (prawie) w całości.

Mogłoby się wydawać, że mieliśmy luksusowe warunki wędrówki, jednak każdy i tak miał cały plecak wypchany własnymi ubraniami, zapasem wody i suchego prowiantu tak, że ciężko było sobie wyobrazić tam jeszcze namiot. Wynajem tragarzy jest powszechną praktyką wśród osób organizujących takie wycieczki. Nie jest to duży wydatek (każdy z tragarzy zarabia 1000-2000 KSh dziennie), a nie dość, że ma się lżejszy plecak, to po dojściu na miejsce noclegu można liczyć na rozstawiony namiot i przygotowany ciepły posiłek.
Po tym jak dotarliśmy do bazy od razu poczuliśmy różnicę – cisza, spokój i pełno zieleni, co było ogromną ulgą dla kogoś, kto na co dzień jest skazany na tłum i zgiełk ulic Nairobi.

Ja i długo nic. Pierwszy dzień wędrówki.

Moją uwagę zwróciły też dość oryginalne instalacje na gruntowej drodze dojazdowej ze zwisających luźno metalowych drutów z drewnianych bramek. Okazało się, że były to elektryczne bramki przeciwko słoniom, które potrafią nocą grasować i siać spustoszenie – szczególnie na uprawach. Wystarczy sobie wyobrazić, że dziennie dorosły słoń afrykański potrzebuje ok. 200 kg pożywienia. Wieczorem jeszcze spędziliśmy trochę czasu na wspólnej integracji i poszliśmy wcześnie spać, aby zebrać siły na wymarsz w górę następnego dnia.
Bramki na słonie podziałały trochę na moją wyobraźnię i zacząłem się zastanawiać czy spotkamy je lub inne zwierzęta na naszej drodze przez te kilka dni. Wędrówka rozpoczęła się od gęstego buszu z drogą pośrodku, który dzięki słonecznej pogodzie był pełen intensywnej zieleni. Drzewa były w wielu miejscach oplecione roślinami – szczerze powiedziawszy nawet nie próbowałem pytać o gatunki. Jedyna, której nazwa utkwiła mi w pamięci to „Old man’s beard” ze względu na wygląd rzeczywiście przypominający siwą brodę oraz powszechne zastosowanie do finalizacji tych dłuższych potrzeb fizjologicznych ;).

Ugali w trakcie przygotowania. Do tej pory robię się głodny jak patrzę na to zdjęcie :)

Co do zwierząt, to muszę przyznać, że trochę się rozczarowałem, gdyż na naszym szlaku nie spotkaliśmy ani słoni, ani innych większych ssaków. Musieliśmy zadowolić się …kupami, które co raz to napotykaliśmy i próbowaliśmy odgadnąć ich autorów. Bez wątpienia najłatwiej było ze słoniami z oczywistych względów, ale z pomocą przewodników zidentyfikowaliśmy też ślady po bawołach, zebrach i mniejszych ssakach.
Bardzo szybko wyszliśmy na otwartą przestrzeń, której bezkres pokazał nam jak wiele jeszcze mamy do przejścia i w jak wielkim parku jesteśmy. Zanim dotarliśmy do podnóża gór czekał nas dość długi, dwudniowy spacer po, jakby mogło się wydawać, równym. Każdego dnia zdobywaliśmy jednak po kilkaset metrów wysokości – akurat tyle aby dobrze się zaaklimatyzować przed atakiem na szczyt.

Konstruujemy wędkę tuż przed (niestety nieudanymi) połowami.

Drugą noc spędziliśmy w miejscu o nazwie Solo Camp. Doszliśmy tam późnym popołudniem – przyznam, że trochę inaczej to sobie wyobrażałem. Było to po prostu czymś w rodzaju pola namiotowego, na którym można było w lekko osłoniętym od wiatru miejscu się rozbić i rozpalić ognisko. Istotnie, miejsce to miało trzy podstawowe cechy dobrego obozowiska: bliskość wody (rzeczka była tuż obok), osłona przed wiatrem oraz dogodny teren do rozbicia namiotów i rozpalenia ogniska. Często podczas takich wypraw, tragarze dają próbkę swoich umiejętności wędkarskich i za pomocą własnoręcznie wykonanej wędki próbują złowić ryby na kolację. Tak też było i tym razem – po sporządzeniu wędki, udaliśmy się w górę wąskiej, ale rwącej rzeki, aby zaczaić się na królowej Elżbiety ulubione pstrągi z Mount Kenya. Tym razem niestety nie udało się nic złapać (poza konikiem polnym, który posłużył za jedną z przynęt) i po około trzydziestu minutach musieliśmy przerwać łowy oraz zadowolić się ugali z kapustą i wołowiną. Ponieważ przyszliśmy na nocleg wcześnie, mogliśmy długo posiedzieć przy ognisku. Pierwsza noc w kompletnej głuszy, z daleka od jakiejkolwiek cywilizacji zapowiadała się ciekawie. Zostaliśmy rozlokowani w czterech namiotach – na szczęście do mojego trafiły dziewczyny, więc z miejscem było nie najgorzej. Nie pomyślałem jednak by sprawdzić jak namiot jest rozstawiony i około północy obudziła mnie ulewa, której skutki szybko zaczęły być odczuwalne w środku namiotu… (C.D.N.)

Notatka na marginesie | Opublikowano by | Otagowano | Dodaj komentarz

Kenijskie jedzenie (cz. 2)

Po ponad 6 tygodniach w Kenii mogę z pewnością stwierdzić, że moim ulubionym kenijskim daniem jest czapati. Jednego wieczoru udało nam się nawet namówić naszą panią gospodarz, aby pokazała nam jak to się robi. Cała sztuka okazała się nie być skomplikowana, aczkolwiek trzeba przyznać, że jest to czasochłonne zajęcie –

Robimy ciasto na czapati.

szczególnie ugniatanie ciasta, na które składa się mąka, woda i odrobina masła. Po przygotowaniu kilku placków trzeba było je jeszcze usmażyć na specjalnie przygotowanej patelni na małym piecyku węglowym, przy czym cały czas trzeba było uważać by ich nie przypalić i smarować od czasu do czasu tłuszczem.

Smażymy czapati - ten placek już jest gotowy.

Wystarczyło potem pozostawić placki na kilkanaście minut do ostygnięcia i można było zacząć kolację – czapati z fasolką. Muszę przyznać, że danie nam się udało.
W ciągu ostatnich dni mojego pobytu w Kenii poznałem jeszcze kilka miejscowych przysmaków. Jednym z nich była bhajia, czyli smażone w panierce plasterki ziemniaków, które są uprzednio gotowane. W zasadzie nic specjalnego, takie coś podobnego do frytek, ale jednak ma wielu swoich amatorów. Muszę przyznać, że mi też to posmakowało.

Góra usmażonych przez nas czapati.

Poznałem również kiełbasę mutura, która również jest znana pod nazwą african sausage (ang. boerewors) i jest sprzedawana na ulicach. Przypomina ona trochę naszą białą kiełbasę i jest nadziewana mieloną wołowiną i różnymi przyprawami, a podawana jest z sałatką pomidorową z dodatkiem ostrych papryczek chili (to akurat już mi się średnio podobało). Kiełbasa jest na ogół bardzo smaczna, ale jak można się łatwo przekonać – nie zawsze trafi się dobrze. Dlatego też najlepiej stołować się w zaufanych, poleconych miejscach.
To jeszcze krótko o tym co jedzą Kenijczycy na śniadanie i czym handlują na ulicach.

Bhajia.

Śniadania najczęściej jada się na słodko a jednym z ulubionych smakołyków jest mandazi – coś przypominającego pączka, tylko, że płaskie i bez nadzienia. W połączeniu z niezmiernie słodką herbatą z mlekiem (a w zasadzie bardziej mlekiem z herbatą z uwagi na ilość wlewanego mleka) stanowi codzienny zestaw, którym wielu Kenijczyków zaczyna swój dzień. Czasami zamiast mandazi je się tosty z dżemem lub – w angielskim stylu – kiełbaski (tzw. smokies) i jajka. Od sera żółtego i szyneczki musiałem sobie zrobić kilkutygodniową przerwę – szynkę tutaj mają w supermarketach, ale wygląda trochę inaczej niż nasza (bardziej przypomina mortadelę) i jest nieco droga i pewnie dlatego nie była kupowana przez moją kenijską familię. Ser żółty to natomiast już wyrób luksusowy, na który nieliczni mogą sobie pozwolić.

Ta kiść świeżych bananów (mój lunch) kosztowała mnie ok. 1,50 zł.

Wystarczy powiedzieć, że zwykły ser gouda jest nawet sporo droższy niż w Polsce. Z tego co zauważyłem, to w Kenii jest także deficyt czekolady – na półkach można znaleźć jedynie importowane batoniki lub czekolady firmy Cadbury, a w niektórych supermarketach widziałem także … Terravitę (nie mam pojęcia skąd oni ją tam mają). Polska czekolada w ogóle robi tu furorę i Kenijczycy się nią zajadają – jest to doskonały pomysł na prezent dla kenijskich przyjaciół.
Z pewnością można pozazdrościć Kenijczykom egzotycznych owoców, które często rosną tuż przy drodze (mam tu na myśli w szczególności banany). U ulicznych handlarzy za niewielką cenę można kupić także owoce mango, awokado, ananasy, marakuje, zielone pomarańcze (machungwa), ale także znane z naszych sadów jabłka i gruszki. Oprócz owoców wiele osób sprzedaje gotowe ciepłe jedzenie – od czapati, mutury czy bhajii po gorące kiełbaski i gotowane jajka. Handlarze są tutaj z reguły bardzo żywiołowi i czynnie zachęcają do zakupu ich towarów (najczęściej wykrzykując to czym handlują wraz z cenami), przez co i tak głośne ulice stają się jeszcze bardziej głośnymi.
Nie było ciężko przyzwyczaić się do kenijskiego jedzenia, zapewniam, że podczas mojego pobytu nie miałem poważniejszych problemów żołądkowych, a jadłem praktycznie wszystko co miejscowi. Niektórzy nieco narzekali na małe urozmaicenie potraw, jednak chyba czasem warto przestawić się na jakiś czas na coś innego aby móc potem porównać dwie kuchnie oraz sprawdzić za czym najbardziej się zatęskni.

Opublikowano Kenia | Dodaj komentarz

Pociągi

Jeśli nie matatu, to w jaki sposób można przemieszczać się po mieście? W zeszłym tygodniu odkryłem, że istnieją miejskie pociągi, które kursują pomiędzy niektórymi dzielnicami Nairobi. Jako miłośnik kolei od razu postanowiłem, że muszę koniecznie się czymś takim przejechać. Długo czekać nie musiałem, gdyż już kolejnego dnia po mojej pierwszej wizycie na dworcu kolejowym, nadarzyła się okazja by wrócić pociągiem do Githurai wraz z koordynatorem mojego projektu, z którym akurat byłem tego dnia w Kiberze.

Budynek dworca kolejowego.

Już na samym początku ujrzałem niespotykane zjawisko – Kenijczyków, którzy gdzieś się spieszą, maszerujących szybkim krokiem lub nawet biegnących w stronę dworca. Potem okazało się, że pociągi, w przeciwieństwie do niemalże wszystkiego tutaj, odjeżdżają punktualnie i dokładnie o 17:30 (o której odjeżdżał mój pociąg) bramy dworca się zamykają i nie ma przeproś, trzeba czekać na kolejny pociąg w przypadku spóźnienia. Z tego co się zorientowałem, pociągi na trasie centrum – Githurai kursują z częstotliwością co pół godziny, z tym że do centrum jeżdżą tylko rano, a z powrotem tylko po południu, co oczywiście jest związane z dojazdem i powrotem z pracy dla mieszkańców odległych dzielnic.

W holu dworca.

Będąc w pociągu 15 minut przed odjazdem już nie było wolnych miejsc siedzących, więc należało zająć najbardziej dogodne miejsce stojące. Mimo około 20 wagonów (50 miejsc siedzących w każdym), pociąg już na samym starcie był mocno napchany, a na kolejnych stacjach wsiadali jeszcze kolejni ludzie. Z uwagi na to, że jest to dość tani i pewny środek transportu w porównaniu do matatu w godzinach szczytu, cieszy się on sporą popularnością. Bilet kosztuje jedynie 35 KSh, a podróż trwa jedną godzinę, podczas gdy matatu potrafią kwitnąć nawet do dwóch godzin w korkach. Niektórzy nawet na bilecie potrafią zaoszczędzić wdrapując się na dach pociągu lub chwytając się poręczy i podróżując na zewnątrz. Wprawdzie jest to nielegalne i niebezpieczne, ale ponieważ pociąg jedzie na tyle powoli, że w każdym momencie taki pasażer może sobie zeskoczyć i po prostu wysiąść z pociągu zanim ten zatrzyma się na stacji, gdzie właściwie jedynie można spotkać patrol policji.
Infrastruktura kolejowa jest tu raczej słabo rozwinięta. Pociągi są wolne (brak elektryczności) a standard wagonów pozostawia wiele do życzenia. Oprócz pociągów podmiejskich, z Nairobi kursują jeszcze pociągi do Mombasy i Kisumu, skąd można dostać się koleją do Kampali, stolicy Ugandy.

Na stacji w Githurai.

Nocny pociąg do Mombasy jest dość popularny wśród turystów ze względu na ładne widoki podczas przejazdu przez Tsavo National Park (filmiki z pociągu można znaleźć na youtube) oraz dobry standard wagonów 1 i 2 klasy (miejsce do spania i śniadanie lub all inclusive). Trzeba jednak się liczyć z wydatkiem ok. 2000 KSh za bilet w jedną stronę, co przy o połowę niższej cenie i znacznie krótszym czasie podróży autobusów, sprawia, że taka podróż jest raczej atrakcją dla miłośników przygód.

Opublikowano Kenia | Dodaj komentarz

Matatu

Jeden z najbardziej fascynujących tematów, jakim niewątpliwie w Kenii są matatu, zostawiłem sobie specjalnie na prawie sam koniec. Matatu to najpopularniejszy tutaj środek transportu i jest to po prostu bus (najczęściej marki Nissan lub Toyota) lub coś co bardzo przypomina bus albo busem kiedyś było. Jest ich pełno na ulicach miast, a także między miastami.

Matatu w Githurai

Każdy bus ma numerek, który oznacza trasę – jest on zazwyczaj za szybą lub trzymany w ręku konduktora, który wychylając się z pojazdu nawołuje ludzi do zajęcia miejsc w środku. Właśnie postać konduktora jest tutaj warta podkreślenia, bez którego cały interes by leżał. Matatu nie mają żadnego rozkładu, według którego jeżdżą – bus odjeżdża wtedy kiedy jest pełny, a o to dba właśnie konduktor, który głośnym nawoływaniem i stukaniem czym się da w co się da (byle głośniej) stara się zwrócić na siebie uwagę. Kiedy pojazd jest już pełny, konduktor stuka monetą lub ręką o dach pojazdu i kierowca wie, że można jechać. Podczas drogi, kiedy chce się wysiąść należy po prostu zastukać monetą o blachę lub dać znać konduktorowi, że chce się wysiąść (wtedy on to zrobi za ciebie).

Tym razem na kolorowo i z bagażem na dachu.

Pojęcie pełności jest tutaj jednak względne, gdyż jeśli tobie wydaje się, że pojazd jest już pełny, okazuje się, że jeszcze ktoś się zmieści – często pomocna okazuje się deseczka, która położona pomiędzy dwoma fotelikami w przejściu służy jako siedzenie dla jednego z pasażerów. Nie jest to jedyny przekręt jaki jest na porządku dziennym w matatu. Na ulicach nie ma rozrysowanych pasów, więc nie wiadomo ile prowadzi w każdą stronę, jednak jadąc matatu możemy się przekonać, że jest co najmniej o jeden więcej w naszą stronę niż przypuszczaliśmy. Często wygląda to tak, że jedziemy poboczem przechyleni do granic możliwości i wyprzedzamy cały sznur samochodów stojących w korku. Matatu w mediach są opisywane jako wróg publiczny numer jeden jako sprawcy wypadków, stłuczek czy nagminnego łamania przepisów. W niektórych miejscach (np. teren lotniska, kampus uniwersytecki) mają nawet zakaz wjazdu.
Kolejną interesującą rzeczą są ceny, które różnią się w zależności od tego o której godzinie jedziemy, jakiego dnia i … w jakiej pogodzie. Podczas gdy normalnie jazda do centrum kosztuje od 10 do 30 szylingów (KSh), w godzinach szczytu (w szczególności w drodze powrotnej) cena potrafi skoczyć grubo ponad 100 KSh (1 zł = ok. 30 KSh). Jeśli w dodatku jest koniec miesiąca (kiedy ludzie mają kasę, bo są tuż po wypłacie) i pada deszcz, cena może sięgnąć nawet 200 KSh.

Jeszcze inny model.

Oczywiście za każdym razem jak mzungu wsiada do matatu, powinien uważać aby nie dać się oskubać – lepiej nie pytać o cenę, tylko po prostu zerknąć ile płacą miejscowi, aby po prostu dać tę samą sumę.
Wsiadając do matatu można liczyć nie tylko na jazdę pełną wrażeń, można liczyć także na solidną porcję bardzo głośnej rozrywki, która leci z głośników radia lub, coraz częściej, ekranu telewizorka, na którym puszczane są teledyski z miejscową muzyką (najczęściej jest to reggae lub dance-hall). Co wydawałoby się nam nie do pomyślenia, tutaj akurat wydaje się być standardem – nie widziałem ani nie słyszałem aby ktokolwiek na to narzekał. Matatu podróżują różni ludzie, także maluchy ze swoimi mamami, które nie zwracając uwagi na głośną muzykę, najczęściej smacznie sobie śpią.

Dala-dala, czyli tanzańska wersja matatu.

Trzeba przyznać, że szczególnie w dużych busach standard sprzętu grającego jest dość wysoki – są to najczęściej cztery kolumny położone w miejscach na bagaże oraz solidne basy. Większość matatu ma swoją nazwę, a sporo ma też hasła wypisane na szybach lub karoserii, które mają charakter religijny, co, jak podejrzewam, ma zapewnić bezpieczną jazdę. Ciekawym elementem wyposażenia niektórych matatu jest … miękki sufit, który wobec wielu nierówności na drogach i gęsto rozsianych progach zwalniających chroni głowę przed uderzeniami w trakcie licznych podskoków.
Niektóre przewodniki odradzają podróżowanie matatu z uwagi na bezpieczeństwo. To prawda, że trzeba uważać – szczególnie na własne kieszenie, gdyż w tym ścisku łatwo paść ofiarą kradzieży. Nie jest też bezpieczne podróżowanie matatu nocą, szczególnie samemu. Jednak każdemu polecam to doświadczenie, jest to bardzo wyrazisty obraz tutejszej kultury, dzięki któremu możemy jeszcze lepiej poznać i zrozumieć Kenijczyków.

Opublikowano Kenia | Dodaj komentarz

Christ Victory Centre

Po kilku tygodniach pracy wypada wreszcie napisać wygląda mój dzień w szkole (Christ Victory Center). Zaczyna się przed 8 rano, kiedy to wyruszam z domu i już podczas tego krótkiego spaceru zostaję zasypany przez okoliczne dzieci pytaniami „mzungu hałaju?”, na które codziennie odpowiadam po prostu „I am fine”. Co ciekawe, dzieci często same nie wiedzą co to znaczy – wiedzą tylko, że jak zobaczą białego człowieka, mają powiedzieć „hałaju”. Wpadają najczęściej jak się je zapyta o to samo. Najzabawniej z tym jest w slumsach, gdzie dzieci mówią „hałaju” a potem… same sobie chórem odpowiadają „aj em fajn”. W sumie to nawet dobrze, bo jak inaczej mógłbym im odpowiedzieć?

Przed szkołą z dyrekcją i wolontariuszami z Tanzanii.


Zajęcia w szkole rozpoczynają się zazwyczaj o godzinie 8, aczkolwiek w miesiącu kwietniu jest z tym różnie z uwagi na ferie i mniejszą liczbę zajęć. System jest tutaj taki, że rok szkolny jest podzielony na trzy trymestry: styczeń – marzec, maj – lipiec oraz wrzesień – listopad. Jak łatwo zauważyć, wypadły trzy miesiące: kwiecień, sierpień i grudzień – to są miesiące wakacyjne, w których uczniowie odpoczywają lub mają zajęcia wyrównawcze. W mojej szkole akurat są prowadzone takie zajęcia i nawet sporo uczniów w nich uczestniczy. W międzyczasie wyjechali wolontariusze z Tanzanii, z którymi dzieliłem się zajęciami, więc spadły na mnie dodatkowe obowiązki i w tej chwili prowadzę lekcje matematyki dla wszystkich klas od 4 do 6.

Z Judit i dziećmy z okolicy.

W okresie ferii dzieci przebywają w szkole tylko do lunchu (tj. godziny 12:45), więc do tego czasu muszę się wyrobić ze wszystkimi klasami oraz w międzyczasie sprawdzić prace domowe. Oprócz matematyki dzieci uczą się także suahili, angielskiego, religii, nauk przyrodniczych oraz nauk społecznych. Podczas zajęć wyrównawczych nie ma z góry ustalonego grafiku – jak rano przychodzę do szkoły, to zaglądam do klas i tam gdzie nie ma nauczyciela po prostu zaczynam lekcję, czasami zdarza mi się nawet prowadzić zajęcia w dwóch klasach równocześnie.
Jak już wspomniałem na początku, poziom w klasach jest bardzo zróżnicowany i ciężko jest ułożyć lekcję tak aby wszyscy z niej skorzystali i przy okazji niektórzy się nie nudzili. Jest spory problem z uchodźcami z Konga, którzy mają kłopoty z językiem angielskim i mają spore zaległości.

Przed szkołą. Pierwsza z prawej to Alexandrina - córka mojej pani gospodarz.

W klasie szóstej mam dwie dziewczyny z Konga, które mają ponad 20 lat i które przed emigracją były podobno w szkole średniej, jednak ogrom ich zaległości jest porażający a trudności komunikacyjne sprawiają, że czasami nie wiadomo jak do nich dotrzeć. Dzieci są bardzo ambitne, chcą się uczyć, wyobraźcie sobie, że cieszą się jak dostają pracę domową i są naprawdę posłuszne. To ostatnie ma miejsce zapewne trochę ze względu na surową dyscyplinę jaka panuje w szkole – niejednokrotnie byłem świadkiem jak dziecko obrywa po rękach linijką jak coś przeskrobie, można sobie też wyobrazić, że w domu też nie ma lekko. Sporą udręką jest wpojenie moim uczniom do głowy tabliczki mnożenia. W sumie nie pamiętam jak to było w moim przypadku, ale mam wrażenie, że w 4 klasie tabliczkę mnożenia znaliśmy bardzo dobrze. Tutaj niestety nadal pokutują metody liczenia poprzez stawianie kresek na tablicy oraz ich późniejsze zliczanie lub liczenie na palcach. Staram się im to jakoś wyperswadować i wymyślać coraz to inne, ciekawsze sposoby nauki liczenia – pewne postępy już widać.

Ticzer Majkel w klasie czwartej.


Jak już kiedyś wspomniałem, szkoła boryka się z wieloma problemami organizacyjnymi i finansowymi. Po kilku tygodniach dowiedziałem się, że przez blisko pół roku nie płacony jest czynsz a kenijscy nauczyciele, mimo bardzo niskich zarobków, nie dostają wypłaty od kilku miesięcy. Po obejrzeniu tzw. książki przychodów i wydatków wraz z Judit, wolontariuszką z Niemiec, zauważyliśmy wiele nieścisłości – w szczególności nie mogliśmy dociec gdzie podziały się pewne pieniądze zaksięgowane w przychodach, a były to nawet spore pieniądze. Dyrekcja, która de facto pochodzi z jednej rodziny z Kongo, rozkłada ręce i zasłania się niepamięcią lub wmawia nam, że pewnie ktoś się pomylił wpisując dane (np. o rząd wielkości). Trudno było nam w to uwierzyć, ale specjalnie nie dociekaliśmy co się stało z tymi pieniędzmi. Trochę to jednak smutne, że ludzie, którzy, wydawałoby się, grają z tobą w jednej drużynie, nie do końca są z tobą szczerzy. W każdym razie, najlepsze co można z tym zrobić, to nie wnikać w sprawy finansowe i zająć się tym, z czego dzieci mogą bezpośrednio czerpać korzyść, czyli dobrze prowadzić zajęcia.

Mecz, który sędziowałem. Emocje sięgały zenitu.


Czasem łatwo można doświadczyć tego jak niewiele trzeba aby komuś sprawić frajdę. Pewnego dnia postanowiłem kupić dzieciom nową piłkę (stara już się prawie do niczego nie nadawała) i im posędziować podczas meczu. Od razu gra zyskała na randze i widać było prawdziwą radość po strzeleniu każdej bramki oraz poświęcenie w walce o piłkę. Wszystko na szczęście było w duchu fair play. Podobne emocje wzbudziło rozdanie cukierków za najlepsze prace domowe na początku mojego pobytu. Czasem naprawdę wystarczy niewiele wysiłku, aby coś tutaj wnieść od siebie. Mam tu na myśli także różne projekty, które funkcjonują w biednych dzielnicach i slumsach Nairobi. W ostatnim czasie odwiedziłem takie projekty w slumsach Korogocho i Kibera. Postaram się niebawem o tym więcej napisać.

Opublikowano Kenia | Dodaj komentarz

Zanzibar

Wyprawa na wybrzeże była jak najbardziej w planie. Miała być Mombasa, a tymczasem okazało się , że w dniach 7-10 kwietnia na wyspie Zanzibar odbywa się konferencja AIESEC pt. „Achievers 2011”, na którą jako wolontariusze zostaliśmy zaproszeni.

Stare miasto w Stone Town.

Długo się nie namyślając zdecydowaliśmy się pojechać wraz z kenijskimi AIESEC-owcami z Nairobi. Podróż trwała bardzo długo, bo aż 22 godziny do Dar es Saalam (z przesiadką w Mombasie), gdzie mieliśmy nocleg, a następnie 2 godziny statkiem na samą wyspę. Odległości pomiędzy miastami są tutaj naprawdę spore, do tego dochodzi w wielu miejscach katastrofalny stan dróg oraz korki. Jak się okazało, nie byliśmy jednak rekordzistami pod względem długości podróży – ekipa z Botswany jechała 3 dni.
Już na samym początku okazało się, że rozmiar imprezy, a w szczególności ilość uczestników, trochę przerosła organizatorów. Hotel, w którym się zatrzymaliśmy był całkiem solidny – dobry standard, położony na samej plaży, jednak z uwagi na dużą frekwencję, w pokojach z dwoma łóżkami czasami musiało się zmieścić nawet osiem osób.

Plaża i hotel, w którym mieszkaliśmy.

Co więcej, po przydziale pokoi okazało się, że blisko trzydziestu (z około 240 zarejestrowanych) uczestników nie zostało nigdzie zakwaterowanych i w efekcie musiało gdzieś się wcisnąć na nocleg. Pomimo tego, że byłem jednym z tych trzydziestu „szczęśliwców”, ostatnią rzeczą jaka mogła mi przyjść do głowy to martwić się z tego powodu. Wrzuciłem swoje rzeczy do pokoju moich znajomych, a na noc zawsze znalazł się jakiś wolny materac w dużej sali dla prowadzących warsztaty. Generalnie warunki pozwalały nawet na to by się przespać na plaży – ciepło, czysto i bezpiecznie, mi jednak nie udało się tego zrealizować.
Trafiliśmy tam akurat w trakcie pory deszczowej, która w zupełności nam nie przeszkadzała, a wręcz przeciwnie – mniej turystów, niższe ceny, a popadało przelotnie dosłownie kilka razy. Deszcz, który tam doświadczyliśmy był zresztą niesamowity – gorąco, wręcz upalnie, słońce świeci na całego i w chwili kiedy jedyne o czym człowiek myśli to aby wskoczyć do wody, zaczyna padać.

Zachód słońca na oceanie.

Ten deszcz był jednym z najprzyjemniejszych zjawisk atmosferycznych tego typu jakie kiedykolwiek doświadczyłem. Jedyny problem z porą deszczową jest taki, że czasami chmury zasłaniają zachód słońca, ale na szczęście dwa zachody udało mi się zobaczyć i zarejestrować.
Prom dowiózł nas do stolicy Zanzibaru, Stone Town, skąd czekała nas jeszcze blisko godzinna podróż na północny kraniec wyspy, gdzie mieścił się nasz hotel. Płynąc promem starałem sobie wyobrazić jak to wszystko wyglądało kilkadziesiąt lat temu, gdy tę samą drogę, jednak w zupełnie innych warunkach pokonywał Ryszard Kapuściński. Opis czasem niezwykle dramatycznych wydarzeń jakie miały wtedy miejsce można znaleźć w „Hebanie”, który po powrocie do Polski pewnie jeszcze raz przeczytam. Zanzibar, pomimo tego, że od wielu lat jest częścią Tanzanii, niektóre elementy wskazują na pewną autonomię tej wyspy – np. własna flaga, tablice rejestracyjne, a także władze, których niezależność jest dużo większa niż innych rejonów Tanzanii. Jadąc na północ wyspy można jednak zauważyć, że ludzie żyją tutaj podobnie jak w kontynentalnej części kraju – mają podobne chaty, które nieco przypominają chaty Masajów, zajmują się hodowlą tych samych zwierząt, sprzedają te same warzywa i owoce na ulicy. Ze względu jednak na bardzo rozwiniętą turystykę, drogi tutaj są naprawdę dobre, podobnie jest z usługami i innymi elementami infrastruktury.

Sala konferencyjna. Tuż za banerami widać ocean.

Podczas zwiedzania Stone Town na uwagę zasługują z pewnością kręte, wąskie uliczki, które wraz z zabudowaniami starego miasta tworzą specyficzny labirynt. Większość czasu jaką spędziliśmy w mieście poświęciliśmy na chodzenie za pamiątkami (trzeba przyznać, że wybór był dużo większy niż w Nairobi), ale byliśmy także w katedrze katolickiej, która została wybudowana ponad 100 lat temu przez francuskiego architekta oraz knajpce Freddiego Mercury’ego. W wielu miejscach widać informacje na temat wokalisty zespołu Queen, który w 1946 roku urodził się właśnie na Zanzibarze, ale nietrudno oprzeć się wrażeniu, że jest to podyktowane względami marketingowymi.

Zachód słońca w Stone Town w okolicach portu.


Pomimo pory deszczowej i mniejszej liczby turystów niż w sezonie, różnego rodzaju wodne atrakcje są dostępne cały rok. W miejscu gdzie przebywaliśmy w ofercie były wyprawy wędkarskie, nurkowanie (z butlą lub rurką), parasailing (czyli akrobacje ze spadochronem za motorówką) czy kitesurfing (coś podobnego do windsurfingu tylko, że z latawcem), ceny jednak były zdecydowanie na zachodnią kieszeń.
Co mogę powiedzieć o samej konferencji? Z pewnością to, że czasami trochę przesadzali z długością poszczególnych sesji jak i całego programu dnia, który rozpoczynał się o 9 rano, a kończył się zazwyczaj po 23.

Nad oceanem.

Mając za plecami ocean i piękne wybrzeże, nietrudno się domyśleć, że często zamiast udziału w prelekcjach wybieraliśmy spacery lub kąpiele. Organizacyjnie na pewno wypadło to trochę gorzej niż podobne konferencje w Europie, wspomnę tylko o sporych rozbieżnościach w stosunku do grafiku oraz braku materiałów konferencyjnych. Merytorycznie było trochę lepiej, aczkolwiek dla wolontariuszy, którzy w zdecydowanej większości AIESEC-owcami nie są, zbyt wiele tematów było poświęconych wyłącznie tej organizacji. Niemniej jednak, fajnie było zobaczyć jak się Ci ludzie bawią. W ramach rozrywki przed każdym wystąpieniem była zabawa, którą nazywa się tutaj rollcall i polega ona na tańczeniu z pokazywaniem – coś w stylu Macarena’y. Nie potrafię zliczyć do ilu różnych kawałków umieją oni tańczyć ale na tyle na ile ich znam, nie zdziwiłbym się jakby część z nich była wymyślana na poczekaniu. Podsumowując – wrażenia jak najbardziej pozytywne, szkoda tylko, że to były jedynie niecałe 4 dni…

Opublikowano Kenia | Dodaj komentarz